28 listopada 2008
Bo każda epoka ma swojego śpiewaka...
Czasu równiez nie cofnę, choć tak bardzo bym chciała...
do R.:
Przebacz mi. Jestem malutką istotą, robiącą wielkie błędy. Ten błąd był najwększym w moim życiu.wiem, że mi tego nigdy nie zapomnisz... raniąc Ciebie zraniłam tak na prawdę siebie. żadne słowa nie wyrazą mojego zalu. Twoja na zawsze M.
Czasami mam zachowanie rasowej poganki. Ale jaki Chrześcijanin, który mówi przekonywująco, że w bliźnim widzi Boga, na drugi dzień, mógłby zabić jednego ze swoich braci? Jaki chrześcijanin ma zamiar wstąpienia do zakonu tylko dlatego, by uciec przed zyciem, przed niespełnioną "miłością"? Który człowiek mówi że kocha, mówi to ciągle, stale a tak na prawdę nie wie co to znaczy? Czy można tak kochać, by w jeden dzień się "odkochać"<> i zakochać w drugiej osobie? Nieważne. Już wszystko ma swój koniec, Na szczęście.
I jestem szczęśliwa. Bo mam R. bo mam przyjaciół, tych prawdziwych, bo poznaję nowych, bo kupiłam moje nowe drewniane serduszko. Bo czuwanie dziś!:)
20 listopada 2008
za miesiąc święta...
Jak sobie pomyślę, ze ojciec moze zadzwonić, złożyć mi życzenia... z jednej strony nie chcę tego. przebaczyłam mu, ale nie potrafię zapomnieć. Nie chcę... co ja mówię, chcę jak diabli, ale nie wychodzi mi to. Z drugiej strony jak nie zadzwoni... będzie jeszcze większa pustka. W sercu. Jeszcze się nie pozbierałam po tym wszystkim. Także... świeta będą... w tym roku pewnie takie jak się zapowiadają, cztery kobiety plus pies, nad stołem wigilijnym, przy sztucznej choince.... I dlaczego nie miałabym uciec w modlitwe? Owszem, wspólna kolacja, wspólne życzenia... ale... to wszystko w telewizji, w gazetach w szkole w kościele... te wszystkie życzenia. mnie to dobije.
Ale nieważne.
Waże że mam bliskich... Dziękuję Boże, za kochającą mnie rodzinę, bliskich... memu sercu.
I dziękuję za to, że po raz kolejny mnie uświadamiasz, że na Ziemi jestem półsierotą. Mimo że mój "tatuś" zyje. Chyba żyje. Jak wysyła alimenty pocztą to się podpisuje. Więc jednak żyje.
01 listopada 2008
Najgorsze uczucie to bezsilność. Bezsilność wobec ludzkiej krzywdy, bezsilność wobec ludzkiej głupoty, bezsilność wobec... bezsilności. Osobiście wolałabym cierpieć w braku kontaktu z ludźmi otaczającymi mnie, niż odczuwać bezsilność. Człowiek bezsilny, który traci wiarę, to człowiek niezdatny do żadnej funkcji życiowej.
Zastanawia mnie ostatnio zachowanie pewnej osoby. Z początku znając tę osobę z przysłowiowego cześć cześć, to było dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Zastanawiałam sie, co on chce tym zyskać... Ale od dziś... Patrzę na Niego od innej strony. Jest on bardzo trudnym człowiekiem, ale ta jego trudność... Ona ma prawo istnieć. Tak samo jest z innymi jego zachowaniami. On po prostu chce być chociaż tu, na zewnątrz radosnym ( co z tego, że aż za bardzo mu to wychodzi), bo nie może być w środku. On ma do tego prawo. Ja mu się w gruncie rzeczy nie dziwię. Sama nie wiem jak bym sie zachowała...
...Za wszystkich tych, którzy nie dostrzegają pięknych stron życia... za tych, którzy nie widzą nadziei...
"Nie dorówna Tobie nikt!"
25 października 2008
o miłości słów kilka
Miłość... jedno słowo a tak wiele wyraża. Miłość... zastanawialiśmy się pewnie czy jest jedna czy jest wiele miłości...
Miłość jest jedna ale tak różnorodna, że nie jesteśmy w stanie określić ile barw ma ta tęcza...
Miłość nie powinna być jak ta świeczka, która pali się mocnym płomieniem i gwałtownie gasi się.
Miłość nie ogranicza się na miłości partnerskiej... Ona ewoluuje aż do miłości do bliźniego. Każda jej barwa jest taka sama a jednak inna.
Miłość jako słowo... Czasem tak trudno nam wypowiedzieć te słowo... ale to nie zależy od głębokości naszego uczucia... Czasem tak bardzo kochamy a boimy się być źle zrozumiani, odebrani i milczymy. Czasem nie jesteśmy pewni tego co czujemy...
Czasem nie zastanawiając sie, mówimy kocham Cię, a ja uważam, ze tu potrzeba głębszej refleksji i zrozumienia tego co się czuje. Czasem, nie zdając sobie sprawy, ranimy...
Kocham przyjaciół. Kocham bliźnich. Kocham rodzinę. Kocham Jego. Każdego z Nich (Was) kocham, jednak na swój sposób. Z Nim chcę spędzić resztę życia, z Przyjaciółmi chcę dzielić się smutkami i radościami w dobrych i złych momentach, z rodziną.... być rodziną. Z Bliźnimi dzielić się Dobrą Nowiną oraz pięknem życia codziennego.
14 października 2008
o Krawcu...
Byłam ostatnio na zakupach. Już widzę strach w oczach mężczyzn, ale nie bójcie się, to będzie tylko metafora:) Przymierzałam wiele płaszczy, kurtek, które ani trochę na mnie ni pasowały. Wisiały jak worki. Były za duże. Zbyt szerokie. Tak to jest, jak szyje się na dany wzór. Nie ma to jak pójść do krawca, powiedzieć swoją wizję odziania, dać się wymierzyć... i... Otrzymać ubranie na wymiar, idealne w każdym stopniu, milimetrze. Zainspirowana wręcz... Odkryłam w tym istotę indywidualności. Tak to już jest, jak boimy się wyjaśnić swoje myślę, podążamy za innymi, ślepo zapatrzeni w ikony świata nas otaczającego. Wtedy jesteśmy tą kurtką ze sklepu. A kiedy... Głośno mówimy o swoich przekonaniach, sami wybieramy cel i próbujemy go osiągnąć, sami wytyczamy własny szlak, choć czasem poprzez gęstą kosodrzewinę i niestabilne piargi, wtedy, kiedy nie wstydzimy się swoich własnych wartości, swojej osoby oraz wiary... Jesteśmy tą jedyną szytą na miarę kurtką. Praktycznie unikatową. Nie zapominajmy także, że w swojej indywidualności powinniśmy mieć zaufanie do krawca:)
Na prawdę, jak ja lubię ludzki uśmiech... To coś niesamowitego. Od razu mi milej, cieplej na sercu. To on okazuje uznanie w oczach drugiego. Działa czasem jak znieczulenie. Kiedyś chyba nawet książkę o tym napisze, tak bardzo mnie inspiruje ludzki uśmiech...:)
A teraz na zakończenie...
* Miśka, On chciał dobrze... Nic nie będę pisać, choć mam chęć, ale... on dobrze chciał. Sama rozumiesz... po prostu zbyt bardzo mnie to poruszyło. I tyle:)
* Kasiu, teraz nie myśl o tym, co napisałam... tylko o tym, o kim to było napisane:) To są tylko proste słowa, które nie opisują i tak tego wszystkiego...:)
*A teraz pytanie... Metafora zawierała dwa przesłania... Jedno opisałam, a drugie celowo zataiłam... Kim jest Krawiec??=)
07 października 2008
Bo zycie na Ziemi jest promilem naszego życia.

Czemu jak coś się dzieje, do głowy przychodzą mi zawsze głupie myśli? Nie wiem... ale muszę to uleczyć. To tylko nie pozwala normalnie funkcjonować.
Zauważyłam ostatnio jedną rzecz... Młodzież boi się wyznać swoją wiarę. Młodzież nie wie, jak odmawiać różaniec, a na Akt Strzelisty robią wielkie oczy i raptem na 100 osób wymawia go... z 10? Ale przed księdzem to oni taaacy wierzący... Yhym... Wyjdą ledwo co i po łacinie nawijają. Znów mnie coś ponosi... Ale co? Moja zbytnia wrażliwość na coś, co dla mnie jest oczywiste, czy na ludzką głupotę? Czy dojrzały Chrześcijanin nie pamięta słów Pozdrowienia Anielskiego, albo też wymawiając, nie potrafi się skupić na tym, co mówi tylko śmieje się z tego, co jego kolega robi?Eh.... Nieważne. Nikt nie jest idealny. Tak to podsumuję.
Ostatnio... nurtuje mnie jedno pytanie... Co bym zrobił/a, gdyby zostało mi 24 godziny życia ziemskiego? Wiele osób jest postawionych przed takim faktem, mają podany okres ich pobytu na Ziemi... I co Oni wtedy mogą czuć? Ja rozumiem. życie na Ziemi jest dopiero początkiem... ale... Tak trudno Nam odciąć się, pożegnać się z czymś, co towarzyszyło nam odkąd to pamiętamy...
Mój różaniec jest częścią mnie...
04 października 2008
Jedna czy tysiąc?
Cisza... Cisza nie istnieje. Gdy nastaje pozorna cisza... Myśli ją zakłócają. Przynajmniej u mnie. Nie potrafię trwać w ciszy. I tak trwając w tej ciszy… Myślę sobie…
Kim jest ta dziewczyna, siedząca w tramwaju, wpatrująca się w krople deszczu rysujące krzywe linie, kropki na szybie i wirujące liście? Ze słuchawkami w uszach, słuchawkami,z których wydobywa się ciepły dźwięk gitary, elektryzująca perkusja, charakterystyczny wokal… Ta, która dostrzega coś pięknego w tych spadających liściach, w deszczu…
A ta, z książką na udach, z ciepłą zieloną herbatą w kubku z rysunkiem Tatr, kiedy to nie istnieje dla Niej świat, z nieobecnym wzrokiem, wpatrzonym w drukowane literki, zdania, strony…
Kim jest ta, która siada w ławce, w zaciszu kościelnym, by rozmawiać z Ojcem? Ta, która modli się nie tylko wtedy, kiedy Go potrzebuje, modli się, jakby rozmawiając z przyjacielem, głupio myśląc, że Bóg nie wie, co u Niej… A ona chce mu to wszystko opowiedzieć, tak jak dziecko spragnione kontaktu z Tatą, gdy ten wraca z pracy… Zastępująca brak Ojca, rodzica, półsierota, uciekająca się do kontaktu duchowego z Jej jedynym Tatą? Ta, która ‘Ojcze’ może powiedzieć do Boga i do zakonnika?
A kto to, ta, która cieszy się jak dziecko, tylko wtedy, kiedy może stać pod sceną i słuchać na żywo tego, co ta pierwsza dziewczyna w tramwaju słuchała z mp3? Ta, która z chęcią pojechałaby na przystanek Woodstock, jeśliby tylko mogła?
A z kolei ta, która jadąc pociągiem w upragnione góry, cieszy się jak dziecko, ta, która spędza po 12 godzin w PN, tylko po to, by wejść na szczyt i zachwycać się widokami? Ta, której marzeniem jest zdobyć szczyt Mount Everest? Ta, która wbrew chorobie idzie, nie boi się, że może zemdleć lub też przewrócić się? Ta, której to się udaje, dzięki wierze? Bo czymże to jest, jak nie wiara, gdy normalnie zakręciłoby się jej z parędziesiąt już razy, a tu, ani razu, nic a nic? Ta, która męcząc się, odpoczywa? Ta, z nizin, czująca się w górach jak w domu… Kim ona jest?
A ta, która nie wstydzi się swojej wiary, nie uważa, jak dzisiejsze społeczeństwo, że księża są źli (nie wymienię wszystkich epitetów, jakich usłyszałam).
Ta, która nie skreśla człowieka za coś, za co inni go skreślili na początku..
Ta, która wybacza, choć nie powinna… Ta, która próbuje się pojednać… choć tylko ona tego chce…
Ta, która kocha z całego serca, na zawsze, wiernie…
Ta, która widzi sens, kiedy inni już go dawno nie widzą…
Ta, która wie, że Bóg ją kocha, nie za coś, jak większość próbujących się dowartościować Katolików uważa, lecz pomimo czegoś…
Ta, która nie dowartościowuje się, wbrew sobie, by zaistnieć w otoczeniu…
Ta, która rani drugiego, choć nie powinna… ta, która tego żałuje…
Ta, która jest duszą towarzystwa, choć autsajderką?
KIM ONE WSZYSTKIE SĄ?
16 września 2008
Bo JA to już nie JA...
Nie bierzcie czyiś słów do siebie, szczególnie gdy ta osoba was nie zna. Tylko my wiemy, co dla nas jest najlepsze, Tylko my próbujemy uniknąć porażki. Nikt tak na prawdę nas nie zna, tak jak my sami... Co innego, gdy my sami nie znamy własnego ja. To wtedy zaczyna się dziać. Ale... Załóżmy że znamy nasze ja. Jest ok. Nowa szkoła... nowe otoczenie... wszystko jest... wręcz idealne... Wręcz zaskakująco niespodziewanie miłe. Niespodziewanie ... niespodziewanie pozytywnie. Tak, to dobre określenie. W końcu mi ciepło. I tu fizycznie i tu w sercu. W sercu... w sercu od dłuższego czasu mi ciepło. Gorąco. Upalnie. Ale ja lubię upały. Lubię słońce. Moje Słońce...:) Nasze! Kocham księżyc. Póki co... wspólny punkt odniesienia. Póki co:)
A jutro... Jutro o 19... do zimnego... tfu, do mroźnego kościoła! Zaczyna się... Wyścig szczurów. Tak, to słuszne określenie. Bo czym mogę nazwać owe zjawisko, jakie nazywa sie Bierzmowanie? Sakrament jak sakrament... no ale... Ludzie do niego przystępujący,w znacznej części... Nie są na to gotowi. Tak.
Do następnego przypływu myśli. Mało znaczących myśli.
13 września 2008
wpis bliżej nieokreślony...
Nie potrafię zawrzeć w słowach moich myśli i odczuć. Z dnia na dzień coraz bliżej jest mi znany cel mojego życia. Coraz bardziej wątpię w jedno moje postanowienie, że w nim dotrwam. Coraz mniej widzę w tym sensu. W postanowieniu znaczy się. Ale przynajmniej jestem optymistką. W końcu jestem w pełni radosna, nic mnie nie pozbawi tego cudownego uczucia!
Mam też rewelacyjną klasę. Nie zamieniłabym jej na żadną inną.
25 sierpnia 2008
W objęciach szczęścia...
Tak nie do tego, co powyżej pisałam, czytałam dziś Pismo święte... Pierwszy fragment, który wywarł na mnie duże wrażenie, w akurat tym momencie... w którym go czytałam... w którym myślałam o kimś...
"Piękność kobiety rozjaśnia oblicze i jest największą radością dla oczu;a jeśli przy tym ma łagodny język, nie ma wśród synów ludzkich szczęśliwszego nad jej męża"
Syr36,24-25
myślę, że łagodny język oznacza także duszę... Podoba mi się strasznie ten fragment. Zważywszy nawet na okoliczności, w jakich go przeczytałam...
Ok, a teraz do właściwej notki powracam.
Uczeń prowadzi monotonne życie. Z jednej strony oczywiście. Dziesięć miesięcy nauki, stresów, powodzeń, lub też niepowodzeń...a potem... Dwa miesiące( uwaga, uczniowie mnie niektórzy za to ukamienują, co zaraz przeczytają) na pozór słodkiego nic nie robienia. Bo czym są wakacje? Wspaniałą wolnością? W czym ona się wyraża Siedząc na czterech literach, w domu, jesteśmy zamknięci w klatce nudy. W klatce internetu, nałogów, pierwszych prób charakteru...To jest wolność? Owszem, jak wyjeżdżamy, zwiedzamy, przebywamy często w miejscach bliskich naszemu sercu... Ale nie spędzamy całych wakacji na wyjazdach. Spotkania ze znajomymi? A co, jeśli akurat nie masz na nie ochoty? Czym ono jest? Kim będę, kiedy nie wyjdę? Nudziarzem, któremu do pełni szczęścia potrzebne są cztery ściany? Przylepią mi łatkę lenia, który musi sobie poleżeć, pooglądać telewizję?
Tak naprawdę, kiedy jesteśmy WOLNI? Ale, tak prawdziwie. Kiedy naprawdę nas nic nie ogranicza, kiedy robimy to, co my naprawdę chcemy?
I kolejny cytat, który również dziś przypadkiem mi wpadł do oka...
" Dla ojca córka jest skarbem zwodniczym; snu go pozbawia troską o nią: gdy jest młoda [lęka się on], aby nie została wzgardzona, gdy jest starsza, aby o niej nie zapomniano; gdy jest dziewicą, aby nie została uwiedziona, gdy jest mężatką, aby sie nie wynosiła; gdy jest w domu ojca, aby nie stała się brzemienną,; gdy jest w domu męża, aby nie została bezdzietna."
Syr42,9-10
Dziękuję Ci Boże, że pomogłeś mi odkryć, ze na Ziemi jestem półsierotą.
12 sierpnia 2008
sens życia.
Dziękuję za uwagę=)I podziwiam tych, którzy przebrnęli przez masę moich przyćmionych myśli.
P.s.: I tak w gruncie rzeczy nie 'usłyszeliście' tego, jaki jest sens mojego życia. Czemu? Bo to dla mnie samej jeszcze momentami zagadka. Ale elementem bez którego życie obok partnera( bo to nieodzowny element mojego życia, bo nawet z tymi górami, o których zaraz wspomnę, moje życie nie będzie w pełni wartościowe)będzie trochę szare i bez polotu, są góry=). Już teraz kończę na pewno:)
06 sierpnia 2008
o smutku i radości...
w nieco innym wykonaniu, ( wg. mnie lepiej pasuje do notki) bo dopiero wtedy w pełni zrozumiesz moje słowa... Nastaw sobie na wielokrotne odtwarzanie, bo notka zapowiada się długa, usiądź wygodnie... I wpłyń w ocean moich myśli, tym razem masz całkowite pozwolenie na to =).
Słuchając Gergo Julesa(wyżej wymienione Mad World, tyle że oryginalne wykonanie), popijając ciepłą zieloną herbatę z cytryną(tak tak, nie słodzę ostatnio...) wzięło mnie na refleksje o życiu, o śmierci, o ich sensie... O tym, co muszę zmienić w sobie, by nie odczuwać zbyt często istoty wyżej wymienionego utworu, a starając się żyć, jak najczęściej korzystając z pozytywnych stron świata. Ogółem to co zaraz przeczytacie, to będzie kolejny nawał niespójnych ze sobą myśli. Wybaczycie mi to, prawda? Wiem, że wybaczycie... A więc słuchając tego utworu, emocje wzięły górę... łza majestatycznie spływa po policzku... Tak bardzo chciałabym wiedzieć, czy ze smutku, czy też z radości. Te dwie emocje przeplatają się we mnie. Posłuchajcie najpierw o smutku. Postaram się szybko o nim napisać, ponieważ dusząc go w sobie nie napisałabym w pełni oddając charakteru
o radości. Smutek jest tak jak oczyszczenie. Kiedyś zastanawiając się po co jest nam ból, smutek, doszłam do wniosku, że Tata stworzył go po to, dozuje nam go, aby radość nie stała się monotonna, aby rzeczywiście sprawiała nam radość. Bo czymże byłoby to uczucie, gdyby towarzyszyło nam przez całe życie? To byłoby tak, jakbyśmy wszyscy byli swojego rodzaju eskimoskami, dla których śnieg czy lód jest chlebem powszednim, nie znając zadowolenia na widok ów wytworu natury ludzi, którzy mieszkają w miejscu, gdzie śnieg jest najmniej spodziewany... Ale takie tłumaczenia w praktyce dają krótkotrwałe ukojenie. Bo czy dadzą one zapomnienie, gdy człowiek po raz kojelny uświadamia sobie, że miłość jaką ofiarywała mu osoba bardzo bliksa, rodzic, jest już fikcją? No ni, tyle o smutku, teraz opowiem o uczuciu, które coraz bardziej wypełnia moje życie, a mianowicie o radości. Nauczyłam się cieszyć każdym szczegółem, chociażby uśmiechem. Tak mało trzeba z siebie dać, uśmiechając się do drugiej osoby, a tak wiele szczęście możemy ofiarować. Szczególnie, gdy taka wymiana niewerbalna następuje między dwiema bliskimi osobami. Gdzieś już kiedyś pisałam, że dobrym rozwiązaniem byłaby skrytka w pamięci na wszystkie te uśmiechy. Kiedy nastąpiłaby chwila zwątpienia, kiedy nic nie wskazywałoby na nadchodzące szczęście, można by przejrzeć ten 'katalog', wybrać zadowalające nas uśmiechy i przeżywać na nowo emocje w nas wtedy wzbudzone. Niewątpliwie niektórym uśmiechom towarzyszyłyby te silne. Nie, nie zdradzę tego, które uśmiechy należą właśnie do takich. W każdym bądź razie jeden z nich należy do przyszłości, jeszcze nie został przeze mnie widziany, a już wiem, jakie mu będą towarzyszyć emocje. Chociaż nie, jest i drugi, ale ten to dopiero po śmierci:)
Oho, teraz słucham 'Mad World' w wersji Mnichowej, herbata a raczej to co po niej zostało, wystygła, ból głowy nasila się coraz bardziej, a pies drapie mnie po gołych łydkach, by wziąć go na kolana. (Chwila przerwy, dopieszczam pupila, który ukradkowo usiłuje mnie polizać... swoją drogą, co to w ich języku oznacza? Czy to być może okazanie ich uczuć, przywiązania? Ok, już o dopieszczaniu) O czym to ja pisałam? O szczęściu, tak? Ciesząc się z każdego szczegółu, drobnostki, staje się coraz bardziej szczęśliwa, z całkowitej pesymistki, które nie może uwierzyć, że może być lepiej, przeistaczam się stosunkowo szybko w tą dawną optymistkę. Celowo pomijam realizm. Nie mogłabym być twardą realistką, bo wtedy mój system cieszenia się z każdego szczegółu, ległby w gruzach. A tego zdecydowanie nie chcę.Nie teraz.
Jestem twarda i czytam 'Los powtórzony' Wiśniewskiego. Czegoś innego się spodziewałam, po słowach zapewnienia, że to kontynuacja S@motności, mimo tego, z wplótł sie tutaj wątek Jakuba, ale... nic nie znaczący. Ale książka ciekawa, tym bardziej ze względu na miejsce, w którym toczy się akcja-Biczyce, podhalańska wioska
Dziękuję Bartkowi za 'Mad world' dziękuję wam za uwagę...
Przepraszam za zajęcie czasu i zanudzanie. No i... Do następnej:)
'Teraz i w godzinę śmierci naszej...'
04 sierpnia 2008
o Tatrach( odwyk)
Teraz będę mogła skupić sie na Tatrach. Może się uspokoję przez to, wyciszę...
O Tatrach mogłabym godzinami pisać. Na poprzednim blogu, prawie w każdej notce coś potrafiłam wpleść pomiędzy wersy o nich. Czasem nieświadomie, a czasem wręcz przeciwnie, tak ot, kiedy chciałam sobie powspominać.A że w tym roku tam niestety nie byłam, to to co zaraz napiszę, będzie chyba jedną z najbardziej zapełnionych tęsknotą publikacji na moim blogu... na wielu innych także. Może to i powód trochę innej tęsknoty.
Chyba jednak się wypaliłam w opisywaniu Tatr. Nie wiem od czego zacząć... Zacznę od tego, jak ta przygoda moja z nimi się zaczęła... Byłam dzieckiem. Były wakacje, po których miałam pójść do 6 klasy. Byłam u babci na wsi. (niepozornie, prawda??:)) Dostaję telefon od cioci, że zabiera mnie do Zakopanego... Cieszyłam się na myśl, że pojadę gdzieś daleeeko, jak zapowiadała ciocia, ale nie wiedziałam nic, o tym miejscu. Zaczęłam się wypytywać. Dowiedziałam się, że będą tam góry. Jako dziecko moje wyobrażenia o tamtych terenach były dość ubogie. Myślałam, że gdy po trzynastu ( mówiłam wam, ze ta liczba mnie prześladuje?) godzinach dojadę do małej wioseczki, gdzie po wiejskich drogach przechadzać się będą stare babcie w kwiecistych chustach na głowie związanej wokół szyi, spod której będzie wyrastał siwy warkocz. Miały też być same pojedyncze małe chałupki drewniane, wszędzie miało być zielono od niczym nieskażonej trawki, na której miały się paść owieczki białe jak śnieg( w dalszych rejonach Zakopanego, na ulicy np. Droga do Daniela, znajdziemy takie widoki.) Góry miały być skaliste od samego podnóża i piąć się swoim majestatem do nieba.
wszystkie zdjęcia opublikowane w tej notatce są mojego autorstwa.
'Bądź wola Twoja...'
30 lipca 2008
o muzyce...
Kolejnym utworem 'z duszą' jest dla mnie "świat się pomylił" Patrycji Markowskiej. Słysząc go przeszywają mnie dwa odmienne uczucia: radość i smutek. Radość w zimie, gdy jechałam do Palenicy Białczańskiej (zimowym objazdem), z przecudownych widoków na ośnieżone masywy (dojść na Mok w zimę, to zupełnie co innego, niż w lato, zaufajcie:)) a z drugiej strony ból i refleksja nad stosunkami z Ojcem, gdyż jadąc wtedy myślałam o tym, z chęcią wybaczenia...
Kiczowate dźwięki "Moniki" Rudiego Schuberta będą mi zawsze przypominać kochaną babcię. To dzięki niej mam tak, a nie inaczej na imię. Poprzez fascynację tą piosenką. Choć czasem chciałabym zmienić imię, mam go serdecznie dość. Nie moja wina, że zazwyczaj Moniki jakie spotykam na mojej ścieżce życiowej okazują się jakby to delikatnie powiedzieć... okazują się intrygantkami, egoistkami, w ogóle, niezbyt ciekawymi istotami. Bez urazy oczywiście dla ogółu Monik:)
"Dla Ciebie" Myslovitz... sama poezja, finezja uczucia:) Wszystko co dla mnie najcenniejsze... Osoba, o której piszę, wie, że to o Nim:) Wie, kim dla mnie jest, co dla mnie znaczy... ile dla mnie znaczy...
Kolejnym utworem z duszą... a raczej bez duszy i serca jest Alexander Myslovitz... Utwór jakże wspaniały.... Ale słowa. Za nie mogłabym zagrzebać tę piosenkę własnymi dłońmi pomiędzy gliną, żwirem, nie zważając na krwawiące palce. Okres swojego życia, nazywanego przeze mnie "aleksandrowym" zapominam, wymazuję, chowam do skrzynki w pamięci, którą powoli wypalam nad płomieniami uczucia.
"What a Wonderfull World" Louisa Armstronga... Brat. Co tu dużo mówić??:)
Dla mnie ogółem, wiele utworów ma "swoją duszę". Jak słucham któregoś, to nie widzę oczami wyobraźni artystów w studiu nagraniowym czy na koncercie, ale widzę miejsce określone, odczuwam uczucia... Słuchając wspomnianego wyżej utworu Kukiza, nawet w deszczową pogodę czuję się jakbym była skąpana w promieniach słonecznych, czuję te oczekiwanie i po raz 'enty' zachwycam się Tatrami...