24 grudnia 2011

Życząc, życzenia słać, życzeniami dzielić się.


Dla wszystkich czytelników, obserwatorów, zaglądających tutaj i komentujących, dla KAŻDEGO człowieka, bez względu na wszystko, pragnę życzyć zdrowych, pełnych radości i prawdziwego, głębokiego szczęścia świąt Bożego Narodzenia. Niech Pan Wam wskazuje drogę, którą macie podążać, wypełniając swoje powołanie. Niech Wasze serca będą wolne od niepokoju i nienawiści do kogokolwiek. Niech nadchodzący rok obfituje w wiele łask od naszego Pana, gdyż Jezus jest bardzo hojny i pragnie tego, co dla nas, Jego Dzieci, najlepsze. Radujmy się!

12 listopada 2011

Jak to jest, być zabitym przez pudło.

Bynajmniej nie chcę się ekscytować szeregiem niewyszukanych żartów, dotyczących uśmiercenia jednej z głównych bohaterek serialu emitowanego w TVP2. Chcę napomknąć o umiarze. Coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że dziś umiar jest czymś zepchniętym na margines. Ankiety na facebooku - w nadmiarze i ile wlezie - o ile na początku można było na to przymknąć oko, bo nie ma niczego szkodliwego w wiadomości, że Twój znajomy woli spędzić wakacje w górach, albo, że ostatnio przeczytał 'Autoportret reportera" Kapuścińskiego ( co daj Boże), to teraz pięćdziesiąt wiadomości od jednej osoby jedna pod drugą, o miłości do ogórkowej i wyższości imienia Ania nad Kasią, może trochę zdenerwować. To samo działo się, przepraszam, dzieje się dziś, z tytułową Hanką. Nagle wielkie zainteresowanie postacią i wykorzystywanie szumu do zabłyśnięcia głupawym żartem, co staje się męczące i na dłuższą metę niesmaczne. Politycy nie mają umiaru w oszukiwaniu ludzi i w wymyślaniu infantylnych problemów, nad którymi debatują. Może powinniśmy chodzić do konfesjonału z braku umiaru życiowego? Nie znamy, nie wyczuwamy granicy dobrego smaku. Może powinniśmy utworzyć szkoły, w której będą nas nauczać dobrego smaku? Umiaru? Trochę to smutne, że to, co powinno być ludzkie, jest zatracone na rzecz... nie wiem... czegoś zwierzęcego ?

22 października 2011

Jak świętować, by błogosławionego nie sprofanować...


Ten post tak à propos dnia, jaki dzisiaj obchodzimy. Dziś po raz pierwszy w Kościele Katolickim jest wspomnienie błogosławionego Jana Pawła II. Patrząc na dzisiejsze społeczeństwo, na to całe pokolenie JP2, mam pewną propozycję. Zamiast kupować zdjęcie papieża Polaka okraszone tandetnymi muszelkami, nie znad polskiego morza, sprowadzane Bóg wie skąd, zamiast lalki – Jana Pawła II, zamiast wina z widniejącym wizerunkiem błogosławionego, czy w końcu popielniczki, zapałek, albo i zapalniczki z rozpikselowanym zdjęciem na etykietce naszego rodaka, pójdźmy na Mszę, pomódlmy się, by się za nami wstawiał, a nie propagujmy kultury kiczu i wyzysku na naiwności. Jeśli zaopatrywanie się w wątpliwej jakości gadżety ma za zadanie pokazać, że jesteśmy dumni z wielkiego duchem Polaka, że był i jest On dla nas przykładem, to tylko pogratulować. Moim skromnym zdaniem, nie na tym zależało bł. Janowi Pawłowi II. Jeśli chcesz pokazać, że jesteś kimś, kto identyfikuje się z nauką Karola Wojtyły, zacznij się w niej zagłębiać i ja przekładać na swoje życie. Nie ma nic bardziej bezmyślnego jak upychanie wszędzie, gdzie się da Jego wizerunku, za wszelką cenę. Jak już doświadczamy tego, można nosić przy kluczykach wizerunek błogosławionego, można kupować cebulki tulipanów nazwane Jan Paweł II, można podpalać papierosy zapalniczką, na której widzimy słynnego Lolka, ale po co? Jaki to ma sens?
Te i trochę inne sytuacje ostatnio uświadamiają mi jedno – żyjemy bez głębszego sensu i bez zastanowienia się nad tym, co czynimy. Czy nie szkoda czasu na marnotrawienie go na coś bezsensownego? Czy w zamian za to, nie lepiej chwilę przerwać nasz wir pracy, by zaszczepić w sobie poczucie sensu tego, co czynię?
Kolejna, głośna już sprawa, która mnie dotknęła, to spreparowany materiał filmowy, w której główną rolę bierze nasz prezydent. Już mniejsza o to, że się pomylił, wspominając o niejakim Janie Pawle... III. Każdy jest tylko człowiekiem i pomyłka się zdarza nawet tym z pozoru 'idealnym'. Jednak mnie zastanawia i delikatnie porusza do przemyśleń subiektywizm mediów. Oczywiście miałam świadomość manipulacji na potrzeby własne, świadomość tego, że choć z założenia media publiczne powinny być obiektywne, to takie nie są, ale pozostaje w mojej pamięci wielki niesmak, gdy środki masowego przekazu informacji wycinają to, co im się podoba i sklejają tak, jak chcą. Co trzeba robić, by odnaleźć prawdę i się nie zagubić w zalewającej nas ilości fałszu i obłudy? Czy w dzisiejszym, jakże postępowym świecie istnieje miejsce na prawdę? A może jest ona po prostu dla większości niewygodna, niemodna?
Dzisiejszy dzień zaczęłam Mszą, tuż po północy, w dniu, kiedy mamy wspomnienie wyżej opisanego błogosławionego. Tak na marginesie, bardzo cenię sobie ten czas i możliwość spotkania się z Bogiem, również poprzez ubogacający kontakt z ciekawymi ludźmi, na comiesięcznych czuwaniach u ojców Redemptorystów. Zawsze jest to niewątpliwa łaska i moment, w którym można sobie wiele poukładać. Wracając do tematu, zasięgnę do poezji i twórczości Jana Pawła II. Na tym zakończy się moje dziękczynienie ( oczywiście oprócz modlitwy). Jak widać, można przeżyć bez konsumpcjonistycznego nastawienia na uwielbienie tak wielkiego człowieka.

11 października 2011

Osiecka, herbata waniliowa, koc...

Tak, nastąpił jeden z tych wieczorów, kiedy jakoś tak w środku we mnie wszystko się skręca w wielki supeł i chce gdzieś wyjść, choć za bardzo nie nadaje się na rozmowy. Znów publikuję cokolwiek po tak długiej przerwie i dziwnie się z tym czuję, jednocześnie odczuwam wielki głód do pisania... do grafomaństwa, które tu czynnie, ostatnio biernie już uprawiam. Jest to jeden z tych wieczorów, kiedy za oknem pada deszcz, na szybach spływają leniwie wielkie krople wody, w kubku paruje świeżo co zaparzona herbata waniliowa z miodem, kiedy pod ręką mam koc, a na kolanach laptopa. Jest to ten moment, kiedy sama spokojnie mogę zebrać swoje myśli i od dawna, jak nigdy, ta dzisiejsza wieczorna samotność nie doskwiera. Czuję, jak nie czułam od dawna, że wszystko jest na swoim miejscu,a przynajmniej, że nie jest tak, że nie wiem od której strony za coś złapać, by się nie rozsypało. Najdziwniejsze i najwspanialsze w tym wszystkim jest to, że wszystko stało się tak nagle, zaskoczyło. W ogóle, od ostatniego czasu stało się tyle wspaniałych rzeczy : wakacje, Tatry, pielgrzymka, On, Toruń ( dziękuję za gościnę i poświęcony mojej małej osobie czas), podróż do Katowic z inspirującą kobietą, Gliwice ( a w nich wspaniali ludzie, którym jeszcze raz dziękuję za serdeczność, za uśmiech, 'za gościnę', za wytrzymywanie ze mną w sklepie z butami i w ogóle... dobrze, że jesteście! :) ) oraz niezapowiedziany, niosący za sobą dużo emocji, skrajnych rzekłabym, Kraków, który miał nie nastąpić, jednak chyba Bóg chciał inaczej. Ten czas dał mi wiele do zrozumienia. Najpiękniejszych chwil naszego życia nie zaplanujemy, choćbyśmy chcieli. Szczęścia nie wysiedzimy jak kwoka jajko, raczej znajdziemy jako bezcenny skarb. I choćby tym małym szczęściem miała być kawa z dawno nie widzianym znajomym, albo zwykły uśmiech osoby, której się nie zna i nigdy w życiu zapewne po raz drugi nie pozna, albo też, tym już większym, odnalezienie miłości w relacji, która nie zanosiła się na aż takie ocieplenie relacji... To wszystko jest nie po to, by doszukiwać się dziury w całym i by zastanawiać się, co będzie jeśli. Owszem, warto być ostrożnym, ale nie na tyle, by blokować sobie drogę do małych radości i co za tym idzie, wielkich szczęść. Tak, mogę powiedzieć, że czuję się spełniona. Idealnie nie jest, ale chyba w momencie, kiedy kobieta ma obok siebie kogoś bliskiego, z którym podziela tę bliskość i intymność, kiedy czuje się akceptowana z niedoskonałościami, z nieudolnością swoją, kiedy podziela z Nim swoje pasje, zainteresowania, a także poglądy... czy nie wtedy, kobieta może o sobie powiedzieć inaczej, jak kobieta spełniona? Taki stan, choć ktoś może powiedzieć, ciemnoty, umożliwia zapomnienie o tych nieistotnych elementach życia codziennego, które dotychczas ją trapiły i urastały do rangi dramatów. Czy właśnie nie tak to działa, że gdy nadchodzi moment, kiedy odszukujemy swoje miejsce i odczuwamy upragnione szczęście, dostrzegamy infantylizm naszych urojonych zmartwień, porzucamy nasze wspomnienia, które dotychczas wierciły nam dziurę w brzuchu i wołały "pamiętaj o nas!". I przepraszam bardzo tych, których razi w oczy mój hurraoptymizm, tak, jestem tego świadoma, ale nie chcę teraz zastanawiać się nad tym, co będzie, jak moje szczęście zgubię po drodze. Najważniejszego Wam nie powiedziałam jeszcze, zapomniałam dodać... że owe szczęście, buduję na Bogu. To dzięki Niemu jestem szczęśliwa i staram się nie zapominać, kto to wszystko mi 'ufundował'. Niech Jego wola się stanie... ;) Dobrej nocy, dobrego jutrzejszego dnia!

22 lipca 2011

powrót, upadek, obrót, powstanie

Logując się na bloggera, miałam dziwne wrażenie, jakbym powracała do czegoś, co próbowałam jakoś od siebie odgonić, a tak jednak nie było. W głośnikach śpiewa Sojka, za oknem granatowe sklepienie i w kubku herbata z cytryną. A w głowie? W głowie wiele obrazów, niczym klatki filmu, pojedyncze kadry, odzyskane wskutek wspomnień. Takie wieczory niewątpliwie sprzyjają wielu refleksjom na temat życia. Czasem jest tak, że chce się po prostu zmienić swoje życie, zacząć coś od nowa. Choćby to miało być małe posegregowanie swoich zachowań i dotychczasowych poczynań na te, które są warte zachodu oraz na te, które czynią regres w naszym rozwoju. Choćby miało się ochotę na większe skupianie uwagi na tym, co się czyta i jak się z tego korzysta. I niechby nawet polegałoby to na zmianie drobnych nawyków, dosyć banalnych, jak chociażby większa uwaga poświęcona porządkowi w pokoju, to z całego serca, z głębi siebie, mówię stanowcze TAK!


Zastanawia i trochę trwoży mnie jednak takie moje małe spostrzeżenie. Żyjemy w bardzo konsumpcjonistycznym świecie. Nastawieni na zysk, na złapanie dużej ilości tzw. ochłapów od życia, by mieć siłę biec w wyścigu szczurów, po nie wiadomo w gruncie rzeczy co. Zadowalamy się wątpliwymi artykulikami o życiu " gwiazd", które się sprzedają, filmami opartymi ciągle na tej samej, dennej fabule, ociekającej seksem i perwersją, muzyką o niczym ( " chcę być jak moje włosy", albo " dzisiaj jest piątek, a wczoraj był czwartek" ) książkami o taniej, kiczowatej miłości... Nie chcę tak. Gdyby tak można było całkowicie się od tego odciąć, wyemancypować... Jednak spojrzenie na dzisiejsze realia, na swoje życie, daje konkretny wniosek. Jesteśmy tak bardzo w to wciągnięci, co więcej, to ewoluuje, niczym groźna zaraza, że nie jesteśmy w stanie całkowicie tego zjawiska, wątpliwie przyjemnego, wyplenić całkowicie, choćbyśmy chcieli.

28 maja 2011

"Łzy są piękne" *


"Łza, ciecz łzowa – substancja nawilżająca, oczyszczająca, zabezpieczająca (przed zarazkami) powierzchnię rogówki i spojówki oka. Składa się głównie z wody, niewielkiej ilości soli (chlorku sodu) oraz białek, w tym substancji bakteriobójczych (lizozym, defensyny)."
z Wikipedii.

Jednak dzisiejszy post nie będzie mówić o roli fizycznej łzy. Chcę rozważyć to, czym jest łza, tak wewnętrznie. Kiedy płaczemy? Najczęściej wtedy, kiedy jesteśmy smutni, bezradni, zdenerwowani, doprowadzeni do pewnej granicy. Jest to bardzo trudne dla nas, czujemy się słabi, kiedy łza za łzą skapują na policzek i ześlizgują się dalej, w dół. Wiecie, bo to jest tak, że łzy są najcenniejsze, kiedy moczą rękaw kogoś bliskiego. Nie chodzi mi o to, by się użalać nad sobą i mówić tym, patrzcie, jak mi smutno, chodźcie i mnie pocieszajcie. Czasem jest tak, że przy najbliższych normalnie pękamy i płaczemy. Jednakowo mamy potwierdzenie, że w swoim smutku nie jesteśmy sami, że jest ktoś, kto nas wspiera. I to są piękne, wartościowe łzy, które uchodzą z nas, choćby na jakiś czas zacierają wspomnienie o bólu, bliskość ten ból uśmierza... Są też łzy, które choć wypłakane, tkwią w nas dalej. Mowa o tych do poduszki. Najczęściej ten płacz pogłębia stan sytuacji, beznadziejnej często, choćby jeśli chodzi o kwestię samotności, braku oparcia w kimś. Są też łzy, które są potrzebne - łzy wzruszenia. Są najpiękniejszą formą podziękowania za coś, co dokonało się w naszym życiu, a co zasługuje na pochwałę. Szkoda tylko, że coraz mniej ludzi stać na łzy wzruszenia, dzisiejszy świat i szybkie życie nie pozwala na taką formę zachwytu, często uznając ją za okazanie słabości. Myślę, ze to błędne stwierdzenie. Płacz i przyznanie się do niego, a przez płacz przyznanie się do prawdy o sobie, o swoim stanie, jest jakąś formą odwagi, a nie tchórzostwa. Powracając już do początku wpisu... Łza, to substancja, która nie jest szkodliwa dla organizmu, a zbawienna w skutkach. Bez łez, prawdopodobnie nasz wzrok byłby narażony na samoistne zatracenie, oczy wysychałyby, niezdolne do normalnego funkcjonowania, a co dalej idzie, do widzenia. Czy więc pretekst w tym świetle " głupie łzy" jest na miejscu? Czy płacz jest taki szkodliwy i zły i w ogóle, niestosowny? Jakby nie patrzeć, jest to oczyszczenie zarówno duszy, jak i ciała, choćby pewnego elementu naszej fizjonomii. I co najważniejsze, nawet " I zapłakał Jezus" ( J 11, 35 ). Dla mnie to On jest najbardziej męski spośród mężczyzn, jakich świat widział. Dlaczego mam się wstydzić czegoś, co i Jezus uczynił? Nie powstydziłabym się modlitwy, dawania świadectwa, nie powstydziłabym się wybaczenia, dania szansy potrzebującemu, więc czemu miałabym się powstydzić łez? Chce naśladować Jezusa. Jednak to już temat na inny czas...


_____________________________
* cytat z dzisiejszej rozmowy, który podyktował napisanie tego posta.

15 maja 2011

znów.

Znów muszę się budować na nowo.
Po kolei układać cegły mojej duszy, łatać dziury w sercu.
Znów muszę przekopać ogródek i zasiać w nim ziarno.
Szczelnie pozatykać szczeliny w okiennicach mojego ja, przez które świszcze wiatr wspomnień.
Po raz kolejny przyjdzie mi akceptować zmiany klimatyczne w pogodzie mojego serca.
I może nic w tym nienormalnego, ale nie każdy buduje swój dom wielokrotnie pod rząd, murując całą ścianę, burząc ją i zaczynając od nowa.
Po raz kolejny będę tą samą M., którą byłam dawniej, nieufną, zamkniętą na innych.
Znów się zniechęcę.Znów światopoglądem będą rządziły niejasne przesłanki.
A gdybym tak Panie Boże powiedziała najnormalniej na świecie, że powoli zaczynam mieć dość? Gdybym chciała wysiąść z pędzącego ekspresu donikąd? To nie tak, że "wiem" lepiej, co dla mnie dobre. Po prostu jestem człowiekiem, tylko człowiekiem, ze swoją ułomnością, emocjonalnością, z uczuciami, które się szybko rodzą i trudno się ich pozbyć.

28 kwietnia 2011

Kobietą jestem i nic co kobiece nie jest mi obce!


Czemu taki tytuł? Pięknie jest odkrywać uroki bycia kobietą, ba, co więcej, pięknie jest poznawać pewne "braki". Napisałam to celowo w cudzysłowie, gdyż z natury wszystko się uzupełnia, stanowi odmienność, która rzuca całkowicie inne światło na poznanie. Ciepło - zimno, materia - antymateria, dobro - zło, plus - minus, kobieta... mężczyzna. Minus z minusem w magnesie się odpycha, łączy się z plusem. Do połączenia się z przeciwieństwem dążymy z natury. Trochę się wkurzam, kiedy zarówno mężczyźni, jak i kobiety ciągle psioczą na płeć przeciwną. Ciągle marudzą na temat czegoś, co poniekąd wynika z naszej natury i nas w piękny sposób różni, uzupełnia. Nie lepiej po prostu to zaakceptować? Nie mówię o akceptacji różnych odchyleń czy dewiacji. Nie lubię takiej postawy, kiedy dajmy na to mężczyzna wymaga, by to kobieta decydowała za niego, by stanowiła tą, która w głównej mierze decyduje o wszystkim. Nie rozumiem też kobiet, kiedy pragną, by ich mężczyzna lubił zakupy, znał wszystkie nazwy kolorów i odróżniał róż od łososiowego.

... bo czasem kobieta lubi wypić wino z ukochanym przy świecach, dostać w środku zimy bukiet tulipanów,mieć świadomość, że gdyby tylko ten jedyny mógł, wygrzebałby spod ziemi dla niej konwalie... I choćby się zapierała, choćby uważała to za przeżytek i coś oklepanego, w głębi serca i tak poczuje się milej, dostając choćby kwiatka bez okazji. I nie ma co się tłumaczyć upływającym wiekiem, że wraz z kolejnymi latami, ma się mniejszą ochotę na coś romantycznego, szalonego. Często jest tak, że kobiety chcą żyć właśnie w takim przekonaniu, bo... są zaniedbywane przez swoich partnerów w tej materii.

24 kwietnia 2011

05 kwietnia 2011

trans.

Wielki Post 2011 w toku.
Coraz częściej przypomina mi się jeden z moich ulubionych cytatów z Pisma Świętego:
"Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę. Bądź więc gorliwy i nawróć się! "

Ap 3,19

Pierwszy raz czytając te słowa, czy też ogólnie słysząc je, że Bóg poprzez doświadczanie mnie, w sposób często bolesny okazuje mi swoją miłość, byłam w szoku i po prostu nie dowierzałam tym słowom, bo jak to tak? Prowadzenie człowieka drogą poprzez ciernie i raniące stopy skały nie wydaje się być wyrazem ojcowskiej miłości. Wyprowadzanie na przysłowiową pustynię również nie. Jednak im dłużej myślałam nad tym, im więcej razy powtarzałam sobie to zdanie w myśli, tym bardziej rozumiałam cały sens. Jezus - ukochany Syn Boży. Bóg schodzi na ziemię w postaci Jezusa, swojego Syna, który z góry ma zapowiedziane ogromne cierpienie i śmierć męczeńską. Mesjasz przychodzi dzięki niepoliczonej miłości Ojca do nas, ludzi, dla naszego zbawienia. Z takiej też miłości Baranek Boży umiera na krzyżu, by odkupić nasze winy. Z jednej strony mamy wielkie cierpienie Jezusa jako człowieka, z drugiej zaś niesamowite świadectwo miłości Stwórcy do ludzkości, do całego Dzieła. To na krzyżu dokonała się najwspanialsza ofiara miłości.
Teraz trochę tak od drugiej strony - aspekt ludzkiego cierpienia. Kiedy doznajemy krzywdy, często obwiniamy Boga, próbujemy odejść od Niego. Jednak On nas przywołuje. Właśnie w momentach, kiedy czujemy się dotknięci, często On jest przy nas. Nie daje nam bólu w prezencie, chce nas wypróbować, jak Abrahama. Nieważne, co, lub kto będzie Izaakiem. Ważne, że musimy Mu zaufać. Bezgranicznie. Podobną sytuację mamy już w NT, kiedy to uczniowie, z obawy przed sztormem budzą Jezusa. Przecież sam Bóg był przy nich w łodzi! Nie ufając Mu w 100%, woleli się upewnić, z troski o swoje życie. Mogłabym wymieniać w nieskończoność cytaty świadczące o tym, że Bóg na swój Boski sposób wyciąga do nas rękę i mówi: zaufaj. Odwagi. To ja zwyciężyłem świat - świat, w rozumieniu jako wszystko to, co grzeszne, brudne.
Post 'zainspirowany' obrazkiem z Internetu

Powiem szczerze, zasmuciłam się patrząc na tę grafikę. Ten ekran, cokolwiek by to nie było, to dzisiejszy "świat", o którym przed chwilą pisałam. My, wszyscy trwamy w transie, wpatrując się i zachwycając tym, co serwuje nam medium, bożek. Jezus z tyłu idzie swoją Drogą Krzyżową, woła nas, a my dalej swoje.
Oderwijmy się więc od swoich bożków, odejdźmy od telewizorów, komputerów, Internetu i pójdźmy w piątek na Drogę Krzyżową, pójdźmy razem z Nim. Weźmy krzyż na plecy, krzyż swoich grzechów, swojego męczeństwa, swojego życia. Zaufajmy Bogu.

06 marca 2011

Choroba ducha.


"I tylko w jednym różnicie się od Boga - Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej."

Erich Maria Remarque

Często jest tak, że my, ludzie wiemy "lepiej" od Boga. Sami sobie planujemy, sami marzymy i dryfujemy zamknięci w nieprzepuszczalną skorupkę naszych wyobrażeń na morzu wody, bez której nie możemy żyć. Złapiemy urywek szczęścia, jakąś niewinną radość i już tworzą się nam w głowie scenariusze bardzo piękne, wzniosłe, tyle, że nie budowane na Bogu. Jesteśmy wygadani i Boga przegadujemy na siłę tym, co sobie wymyślimy, a przecież "Głośniej niżeli w rozmowach Bóg przemawia w ciszy. I kto w sercu ucichnie, zaraz Go usłyszy." (A.Mickiewicz). Potem, gdyby jednak nie poszło wszystko po naszych planach, obwiniamy Boga, albo siebie, popadając w coraz to bardziej większego dołka. Dokopując sobie na każdym metafizycznym metrze naszego życia. Ale wiecie co? Ja się buntuję. Zostawiam swój egoizm, chcę go zostawić, o tu, w miejscu, do którego już nigdy nie wrócę, jedynie, podczas wspomnień. Przecież "Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy."
( W.Szymborska)
Tak, to też chcę zmienić. Nie chcę zajmować sobie teraźniejszości czymś z przeszłości, bo być może przegapię, przeoczę coś pięknego, ba, najpiękniejszego, co może mnie spotkać. Oczywiście nie zapominam o przeszłości, ale nie pielęgnuję nadmiernie tego, co było. Przede wszystkim chcę mieć siłę do tego, by móc modlić się do Boga o to, by kierował mną drogą, którą sobie dla mnie upatrzył. Nie tym szlakiem, który sama sobie wybrałam, ale tym, który Pan wybrał dla mnie zanim po raz pierwszy moje serca zabiło. Czasami odnoszę wrażenie, że nasza droga do Boga to budowanie wieży Babel. Chcemy się do Niego dostać kierowani pychą. Robimy coś absurdalnego.Ja chcę Mu ufać, chcę zdać się na Jego wolę, bo "Kto złoży nadzieję w Panu, nie zachwieje się, nie upadnie." (o.Jordan)

I tak już na koniec fragment tekstu utworu pt. "Drogi" ( Stróże Poranka)
>>A Bóg map nie rozdaje,
Bóg map nie rozdaje
Nie wiesz dokąd iść
A Bóg czasu nie mierzy
Bóg czasu nie mierzy
Nie wiesz czy ci wystarczy sił
Na wędrowanie
Na wędrowanie

Mówię tobie: „Wiarę miej
W drodze swojej nie ustawaj
Żebyś doszedł dokąd chcesz
Niech marzenia staną się
Twoja nocą, twoim dniem
Głosem serca w życiu
Kieruj się”<<
.... bo trzeba mieć wiarę w Boży plan i w swoje marzenia oparte nie tylko na podstawie zaspokojenia własnych ulotnych zachcianek.

19 lutego 2011

Czuwanie.


Słowo czuwanie chyba każdemu z nas kojarzy się z wyczekiwaniem na ważną osobę. Czuwanie, na którym wczoraj / dziś byłam jest dla mnie osobiście wyczekiwaniem na Najważniejszą Osobę, na którym niekoniecznie trzeba skupić się na tym, by mieć wokół siebie jak najwięcej znajomych, z którymi będzie świetnie nam się rozmawiało na czasie wolnym, czy na pracy w grupach. Oczywiście nikt tam nie jest persona non grata, jednak najważniejszy w tym czasie jest kontakt z Bogiem, a czasem wychodzi jak wychodzi.
Przyznam, że wczorajszo - dzisiejsze czuwanie należało do jednego z bardziej wymagających ode mnie skupienia, bo rozproszenie było i to duże. Są takie momenty w życiu, w naszej wierze, że patrzymy na Jezusa w Monstrancji i wiemy, że On tam jest, ale pomimo tego, że siedzimy tak blisko, czujemy się tak bardzo niezdolni do bliskości z Nim. Czujemy się wypaleni, obojętni, pomimo, że czyści, dopiero po spowiedzi, jednak niekoniecznie z wielkim zapałem i tzw. fajerwerkami w wierze, o których z resztą wczoraj była mowa. Aby się przełamać potrzebowałam jednego, z pozoru nieznacznego gestu. Trwając na Adoracji i bijąc się z własnymi myślami, zastanawiając się jak mogę zbliżyć się do Boga, moja Przyjaciółka złapała mnie za dłoń. To mi wystarczyło, by poczuć, że On jest najbliżej mnie, siedzi obok i darzy mnie miłością. Kurcze, czasem żyjemy w takim może nie zaślepieniu, ale niedowidzeniu rzeczywistości. Czasem tak trudno nam pamiętać o tym, że Jezus jest w każdym z nas i chce dotrzeć we wszystkie możliwe sposoby. Niecodziennie mam tak, przyznam się bez bicia, że rozmawiając z drugim człowiekiem, widzę, że w Nim jest Jezus. Dlatego dziękuję Ci Aniu za ten gest, za to, że przypomniałaś mi o tak ważnej rzeczy i dzięki czemu na nowo przeżywałam swoje małe odrodzenie. Dzięki Ci Tato, za to, że pomimo wszystko kochasz swoją upadającą córkę.

06 lutego 2011

Podły dzień.

Nie cierpię takich dni.
Pomimo ciepła panującego w pokoju, mi jest zimno i wiem, że nie jest to spowodowane żadną chorobą, ani nic w tym stylu. Po prostu mi zimno. Na sercu chyba również.
Połowa dnia spędzona na czytaniu interesującej, wciągającej książki, lecz jednocześnie bardzo przyziemnej, mówiącej na ile potrafi być upośledzone człowieczeństwo i jakie są skutki dopuszczenia skrzywdzonego w dzieciństwie człowieka do władzy.
Tak, literatura wojenna.
Malując się, doszłam do pewnej odkrywczej myśli, marzenia. Gdybym mogła sobie narysować tak samo, jak kreskę nad linią rzęs, uśmiech. Gdybym mogła podpiąć kąciki ust, by nieustannie wskazywały na stan zadowolenia ducha. Byłoby pięknie. Nikt nie lubi widzieć zasępionych, zamyślonych ludzi. Łatwiej jest spojrzeć na człowieka uśmiechniętego, bo to powód, by samemu się uśmiechnąć. Nakładając lakier na paznokcie zastanowiłam się, jaki sens ma to wszystko, co tu na Ziemi robimy. Kobiety malują się, by podkreślić swoją urodę, niekiedy maskują wręcz ją. Czują się bardzo kobiece, kiedy mogą to robić, albo kiedy mogą zmieniać kolor emalii na płytce paznokcia, bo chcą być zauważone, ze swej natury. Chcą wykrzyczeć całemu światu, choćby ten świat miałby się ograniczać do malutkiego światka Moniki M. albo innej Ani, Basi itp., że są piękne, że tak się czują. Każda kobieta przecież ma w sobie piękno.
Jej kompleksy? Każda z nas je ma. A to rozstępy, a to za grube uda, zbyt proste rzęsy, zbyt rzadkie włosy, zbyt duży nos... Kobiety ZBYT przejmują się swoim wyglądem, nie doceniając swojego wnętrza. To głupie, ale niestety prawdziwe.
Wiecie, bo z nami to jest tak, że pragniemy zdobywać tytuły, cieszymy się z nich, awansujemy w pracy i jesteśmy szczęśliwi... i nadchodzi śmierć. Czy jesteśmy wtedy szczęśliwi? Czy ogarnia nas strach, bo coś tu na ziemi zostawiamy?Chciałabym w momencie, albo tuż przed śmiercią pomyśleć sobie, że to wszystko tu na ziemi nie należało do mnie i wracam do domu. Bardzo chciałabym mieć taką wiarę, by dotrwać te kilkadziesiąt, kilkanaście, kilka lat do śmierci i móc być spokojnym i opanowanym ze swojej śmierci, by nie rozmyślać, że coś tu cennego dla mnie zostawiam, ale ile bezcennych darów otrzymam od Boga. Jeśli zasłużę. To drugie, pragnę żyć tak, abym zasłużyła sobie na Wieczność u boku Boga,choć to się wiąże z tym pierwszym.

Jestem dziś obojętna. Obojętna na to, czy mi źle, czy dobrze.
Obojętna na pogodę, na ból, na strach. Popijam gorącą czekoladę i nie potrafię wykrzesać z siebie odrobiny radości, bo po prostu, jest mi to OBOJĘTNE.
Nie chcę obojętnie żyć...

Wybaczcie wpis o niczym.
Gdybym została zapytana dziś, co się u mnie działo, pewnie odpowiedziałabym NIC ciekawego. Nic...

02 stycznia 2011

Dawno temu w Edenie...


Tak mnie ostatnio ruszyło, po pewnych spostrzeżeniach.
Istnieje dziś jako nabyte piętno pierwszych rodziców syndrom Adama i Ewy. Choćbyśmy się ich wypierali, mówili, że tak nie jest, przyjdzie moment, w którym uzmysłowimy sobie, na ile wkradł się do naszego życia...
Ale od początku. Właśnie, jak było u Początku?
" Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz,
na obraz Boży go stworzył:
stworzył mężczyznę i niewiastę. "
Rdz 1,27

" Potem Pan Bóg rzekł: «Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam, uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc». Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę "istota żywa"*. I tak mężczyzna dał nazwy wszelkiemu bydłu, ptakom powietrznym i wszelkiemu zwierzęciu polnemu, ale nie znalazła się pomoc odpowiednia dla mężczyzny*.
Wtedy to Pan sprawił, że mężczyzna pogrążył się w głębokim śnie, i gdy spał wyjął jedno z jego żeber*, a miejsce to zapełnił ciałem. Po czym Pan Bóg z żebra, które wyjął z mężczyzny, zbudował niewiastę. A gdy ją przyprowadził do mężczyzny, mężczyzna powiedział:
«Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała!
Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta»."
Rdz 2, 18-23

Wyłania nam się obraz mężczyzny, który był pierwszy i w zasadzie ma być pewnego rodzaju przewodnikiem Kobiety po Edenie. Z natury widać, że mężczyzna sam wykazuje jakąś nieprawidłowość w tym, że jest sam. Nie ma przy nim kobiety i Bóg doskonale o tym wie. Wieńczy swoje dzieło, koronując je Ewą. Kobietą. Istotą, która nie jest tylko jakimś uzupełnieniem w ostatniej chwili, bo się tak Bogu podobało, ale ostatnim pociągnięciem pędzla Artysty, które jest najważniejsze. Bez niego dzieło byłoby niepełne. To mężczyzna ma zadanie ochronić ją przed wszelką zwierzyną i zdobyć dla niej pokarm. Ona przy nim ma się czuć bezpieczna. On przy niej doceniony, silny, choćby nie był siłaczem, ale silny w swojej męskości. Oni mają współtworzyć zgrany duet, dzielić się zajęciami, dokonywać wspólnie wyborów, dzielić się smutkami i radościami ( swoją drogą, chyba nie było w Raju smutku, więc moja wtopa, wybaczcie).
jak dzisiejszy mężczyzna się przedstawia? Często zostaje zniewieściały. I wcale nie chodzi o wygląd, ani o wizualne zachowanie, To nie ma znaczenia. Chodzi raczej o charakter. Jest modne równouprawnienie, więc mężczyzna nie trudzi się zbytnio, by zaimponować kobiecie, co więcej, nie uważa, że popełnia błąd, gdy czeka aż to kobieta podejmie za niego kluczową decyzję. Panowie, na litość Boską. Jeśli pozwolicie paniom podjąć ruch w waszą stronę, jeśli to ona będzie decydować o tym, o czym Wy z natury powinniście decydować, to każda inna funkcja, jaką mielibyście odgrywać w związku zdewaluuje się i mniejszym złem dla was będzie, jeśli to ona zadecyduje za was. W sumie wam to na rękę. Kobiety drogie! Nie przyzwyczajajcie mężczyzn do tego, że to wy pełnicie męską rolę w związku, w kontaktach, relacjach.
Jak dzisiejsza zatem Ewa wygląda? Władcza, przewodząca, pragnąca wszystkich poustawiać. Może kojarzycie jak to wygląda u naszych mam. Niby z troski pomagają podejmować decyzje, niby delikatnie sugerują, niby organizują pracę w domu, niby coś... ale to wychodzi w głównej mierze z potrzeby zaplanowania, żeby potoczyło się po jej myśli. Ona jest od wieków nauczona, że mężczyzna zawodzi i musi sobie sama radzić. Dlatego coraz więcej kobiet posługuje się biegle wkrętarkami, wyrzynarkami, piłami i innymi atrybutami zarezerwowanymi dla panów. Już Ewa odczuła brak troski o nią. Czym innym niby jest bierność Adama przy drzewie? Co więcej, zamiast wziąć choćby połowę odpowiedzialności w obliczu Boga, On usprawiedliwia się dość... mało przekonywująco:
" Mężczyzna odpowiedział: «Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem»"
Rdz 3, 12

Zupełnie tak, jakby sam nie mógł jej powstrzymać, ani sprzeciwić się, wskazać złego postępowania. Taka bierność jest niemęska, nie uważacie? Pisząc dawniej o sile męskości nie miałam bynajmniej na myśli tylko i wyłącznie mięśni. Chodziło mi raczej o siłę, jaką Adam pokazać mógł, sprzeciwiając się i tłumacząc Ewie, co robi źle. O podejmowanie stanowczych decyzji, o przyznanie się do błędu. Sama chciałabym być kobieca w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie chciałabym być zdana na siebie wtedy, kiedy powinnam liczyć na mężczyzn. Chciałabym, by moja wrażliwość i subtelność była doceniona, a nie wyśmiana i uznana za niewygodną. Bym liczyła się jako całość, a nie seksualność i reszta. Chciałabym być wolna od ponoszenia odpowiedzialności za mężczyzn. W końcu, chciałabym być kochana przez tego, który nigdy nie pomyśli nawet o porodzie jako wyłącznie moim przykrym obowiązku, zmartwieniu, ale jak o wspólnym przeżywaniu CUDU miłości.
Na koniec, noworocznie, życzę Wam, abyście odkrywali w sobie tę pierwotną i piękną kobiecość i męskość. By nie została ona zatracona na skutek dzisiejszego obrazu świata. Chociaż... Jeszcze parę godzin temu myślałam i nawet wspomniałam w pewnej rozmowie, że to zjawisko jest typowe dla naszych czasów. Teraz po napisaniu tego wpisu odkrywam, że to problem całej naszej ludzkości. Od początku on nam towarzyszył..