04 października 2008

Jedna czy tysiąc?


Cisza... Cisza nie istnieje. Gdy nastaje pozorna cisza... Myśli ją zakłócają. Przynajmniej u mnie. Nie potrafię trwać w ciszy. I tak trwając w tej ciszy… Myślę sobie…

Kim jest ta dziewczyna, siedząca w tramwaju, wpatrująca się w krople deszczu rysujące krzywe linie, kropki na szybie i wirujące liście? Ze słuchawkami w uszach, słuchawkami,z których wydobywa się ciepły dźwięk gitary, elektryzująca perkusja, charakterystyczny wokal… Ta, która dostrzega coś pięknego w tych spadających liściach, w deszczu…

A ta, z książką na udach, z ciepłą zieloną herbatą w kubku z rysunkiem Tatr, kiedy to nie istnieje dla Niej świat, z nieobecnym wzrokiem, wpatrzonym w drukowane literki, zdania, strony…

Kim jest ta, która siada w ławce, w zaciszu kościelnym, by rozmawiać z Ojcem? Ta, która modli się nie tylko wtedy, kiedy Go potrzebuje, modli się, jakby rozmawiając z przyjacielem, głupio myśląc, że Bóg nie wie, co u Niej… A ona chce mu to wszystko opowiedzieć, tak jak dziecko spragnione kontaktu z Tatą, gdy ten wraca z pracy… Zastępująca brak Ojca, rodzica, półsierota, uciekająca się do kontaktu duchowego z Jej jedynym Tatą? Ta, która ‘Ojcze’ może powiedzieć do Boga i do zakonnika?

A kto to, ta, która cieszy się jak dziecko, tylko wtedy, kiedy może stać pod sceną i słuchać na żywo tego, co ta pierwsza dziewczyna w tramwaju słuchała z mp3? Ta, która z chęcią pojechałaby na przystanek Woodstock, jeśliby tylko mogła?

A z kolei ta, która jadąc pociągiem w upragnione góry, cieszy się jak dziecko, ta, która spędza po 12 godzin w PN, tylko po to, by wejść na szczyt i zachwycać się widokami? Ta, której marzeniem jest zdobyć szczyt Mount Everest? Ta, która wbrew chorobie idzie, nie boi się, że może zemdleć lub też przewrócić się? Ta, której to się udaje, dzięki wierze? Bo czymże to jest, jak nie wiara, gdy normalnie zakręciłoby się jej z parędziesiąt już razy, a tu, ani razu, nic a nic? Ta, która męcząc się, odpoczywa? Ta, z nizin, czująca się w górach jak w domu… Kim ona jest?

A ta, która nie wstydzi się swojej wiary, nie uważa, jak dzisiejsze społeczeństwo, że księża są źli (nie wymienię wszystkich epitetów, jakich usłyszałam).

Ta, która nie skreśla człowieka za coś, za co inni go skreślili na początku..

Ta, która wybacza, choć nie powinna… Ta, która próbuje się pojednać… choć tylko ona tego chce…

Ta, która kocha z całego serca, na zawsze, wiernie…

Ta, która widzi sens, kiedy inni już go dawno nie widzą…

Ta, która wie, że Bóg ją kocha, nie za coś, jak większość próbujących się dowartościować Katolików uważa, lecz pomimo czegoś…

Ta, która nie dowartościowuje się, wbrew sobie, by zaistnieć w otoczeniu…

Ta, która rani drugiego, choć nie powinna… ta, która tego żałuje…

Ta, która jest duszą towarzystwa, choć autsajderką?

KIM ONE WSZYSTKIE SĄ?

4 komentarze:

  1. Wszyscy Jesteśmy inni i wszyscy jesteśmy podobni - inni w niepowtarzalnym pięknie i podobni w grzeszności i ukochaniu przez boga

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak jestem księdzem:) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kim jestem...

    Oto pytanie, które powinien zadać sobie każdy z NAS. Kim jestem? Co stanowi moją osobowość, duchowość... charakter... Właściwie kim my jesteśmy? Taaaa... To dobre pytanie przy okazji dzisiejszego wspomnienia Biedaczyny z Asyżu.

    Czy żyję dla wieczności i w wieczności?

    OdpowiedzUsuń

Jeśli już kliknąłeś w tą magiczną ikonkę, napisz proszę, to, co przychodzi Ci na myśl po przeczytaniu. Nie reklamuj swoich blogów, nie pisz komentarzy w stylu: fajny blog itp. Dziękuję. Autorka bloga.